Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 1
Mniemam, iż Devereux lubił ciotkę Becky za to, że lubiła Lily, choć sądził, że lubił ją także dla niej samej. Oczywiście, owa popędliwa dama częstokroć niespodziewanie go napastowała i ostro ganiła; lecz wesolutki kapitan zbierał na powrót swe posieczone krytyką członki i stawał na nogi w świetnym nastroju, otrząsając się i uśmiechając jak stary wojownik z Walhalli — przyjaźń ich przeto nigdy nie ulegała zmniejszeniu.
Tak więc odwróciwszy się plecami do skrzypiec i tamburynu, „Cygan" Devereux skierował się wolnym krokiem w stronę rzeki i wierzb, spod których owe damy spoglądały właśnie na wodę i ma błękitny kielich kwiatu w palcach Lilias — ten kwiat nawet w połowie nie był tak błękitny jak jej przepaściste oczy; odgłos wesołej rozmowy dam mieszał się ze świergotem i czystym, wieczornym śpiewem ptaszków. Te same wierzby, które tyle widzą, lecz nic nie mówią, ujrzą jeszcze rozstanie, lecz pomińmy na razie smutek owego dnia. Mamy oto letni zachód słońca i wszystko wokół mieni się złotem i błękitem, rozbrzmiewając słodkimi, sennymi dźwiękami. Lilias odwraca śliczną główkę i spostrzega młodzieńca — i och! czyż to tylko jego wyobraźnia, czy też istotnie Devereux ujrzał leciutki rumieniec na jej licu, spuściła nieco rzęsy — tak mu ,się wydawało — i wyciągnęła otwartą małą dłoń. Devereux oparł się o drewniane ogrodzenie i począł gawędzić, jak przypuszczam, o wszystkim i o niczym; śmiali się i rozmawiali o różnych rzeczach, po czym on zaśpiewał dla pań krótki urywek dziwacznej ballady o nieszczęśliwej prawdziwej miłości pewnego zakochanego kapitana:
Strumień dzielił oboje, Patrzyła w strumień ten, A żołnierz patrzył na nią Jak śniący na swój sen. O, zechciej mi uwierzyć, Czysta jest moja dusza I honor mój jest czysty, Panno nieporównana, Jak pióro mego kapelusza I jak mój miecz srebrzysty.
Tak więc odwróciwszy się plecami do skrzypiec i tamburynu, „Cygan" Devereux skierował się wolnym krokiem w stronę rzeki i wierzb, spod których owe damy spoglądały właśnie na wodę i ma błękitny kielich kwiatu w palcach Lilias — ten kwiat nawet w połowie nie był tak błękitny jak jej przepaściste oczy; odgłos wesołej rozmowy dam mieszał się ze świergotem i czystym, wieczornym śpiewem ptaszków. Te same wierzby, które tyle widzą, lecz nic nie mówią, ujrzą jeszcze rozstanie, lecz pomińmy na razie smutek owego dnia. Mamy oto letni zachód słońca i wszystko wokół mieni się złotem i błękitem, rozbrzmiewając słodkimi, sennymi dźwiękami. Lilias odwraca śliczną główkę i spostrzega młodzieńca — i och! czyż to tylko jego wyobraźnia, czy też istotnie Devereux ujrzał leciutki rumieniec na jej licu, spuściła nieco rzęsy — tak mu ,się wydawało — i wyciągnęła otwartą małą dłoń. Devereux oparł się o drewniane ogrodzenie i począł gawędzić, jak przypuszczam, o wszystkim i o niczym; śmiali się i rozmawiali o różnych rzeczach, po czym on zaśpiewał dla pań krótki urywek dziwacznej ballady o nieszczęśliwej prawdziwej miłości pewnego zakochanego kapitana:
Strumień dzielił oboje, Patrzyła w strumień ten, A żołnierz patrzył na nią Jak śniący na swój sen. O, zechciej mi uwierzyć, Czysta jest moja dusza I honor mój jest czysty, Panno nieporównana, Jak pióro mego kapelusza I jak mój miecz srebrzysty.
www.dragbike.pl
