Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 18
dynie jako o przedmiocie, z którego tacy dwaj filozofowie jak doktor i proboszcz mogą się nieco pośmiać. Wszelako doktor Walsingham, który był człowiekiem roztargnionym i pływał po oceanie wiedzy spokojnie i leniwie, pociągany delikatnie i kapryśnie raz w tę, raz w inną stronę najcieńszymi nićmi skojarzeń, poszybował błogo w mroczne okolice wizjonerskich przepowiedni i ostrzeżeń: przypominał Sturkowi o snach Józefa, faraona, ojca Benvenuta Celliniego, matki św. Dominiki, króla Anglii Edwarda II i przeleciał od góry do dołu po wszystkich patriarchach, poganach i współczesnych chrześcijanach płci obojga, wcale nie podejrzewając, iż wprowadza biednego Sturka, który oczekiwał odeń innego podejścia do sprawy — spodziewał się raczej słów otuchy i oznak niedowierzania — w stan piekielnego przygnębienia i niepokoju.
Zaiste, diablo strapiony być musiał Sturk, skoro zwrócił się do swego kolegi medyka, Toma Toole'a, którego nie darzył sympatią, aby ów udzielił mu porady w tym przedmiocie — oczywiście wyłącznie w zakresie mleczu, goryczki czy kwiatu rumianku; Tom zaś, który, jak wiemy, odwzajemniał uczucia Sturka, nastraszył doktora, jak tylko potrafił, i zaproponował, że zajmie się jego przypadkiem; a gdy przechadzali się po parku, rzekł, zerkając nań surowo kącikami swych przebiegłych, śmiałych oczek:
— Ależ nie potrzebuję mówić panu, sir, mój drogi, że środek przeczyszczający nie przyniesie wielkiego pożytku, jeśli dręczy pana jakiegoś rodzaju — ee — ee — niepokój czy też — czy — krótko mówiąc — ee — ee — strapienie, rozumie pan.
— O, cha, cha, cha! — co? Zamordowałem ojca i ożeniłem się z własną babką? — warknął Sturk szyderczo; ubawiony lub też udając ubawienie, próbował roześmiać się na widok stokrotek pod swymi stopami, krocząc ociężale naprzód, z rękoma w kieszeniach bryczesów.
— Nie mam żadnej w świecie tajemnicy, sir. Nic mnie to nie obchodzi, co kto o mnie mówi; nie jestem nikomu winien nawet gwinei, sir, to znaczy gwinei, której nie mógłbym oddać jutro, jeślibym chciał; i nie mam żadnego powodu do zmartwienia — żadnego, prócz tej obrzydliwej lekkiej podagrycznej niestrawności, o której nie warto nawet wspominać.
Zaiste, diablo strapiony być musiał Sturk, skoro zwrócił się do swego kolegi medyka, Toma Toole'a, którego nie darzył sympatią, aby ów udzielił mu porady w tym przedmiocie — oczywiście wyłącznie w zakresie mleczu, goryczki czy kwiatu rumianku; Tom zaś, który, jak wiemy, odwzajemniał uczucia Sturka, nastraszył doktora, jak tylko potrafił, i zaproponował, że zajmie się jego przypadkiem; a gdy przechadzali się po parku, rzekł, zerkając nań surowo kącikami swych przebiegłych, śmiałych oczek:
— Ależ nie potrzebuję mówić panu, sir, mój drogi, że środek przeczyszczający nie przyniesie wielkiego pożytku, jeśli dręczy pana jakiegoś rodzaju — ee — ee — niepokój czy też — czy — krótko mówiąc — ee — ee — strapienie, rozumie pan.
— O, cha, cha, cha! — co? Zamordowałem ojca i ożeniłem się z własną babką? — warknął Sturk szyderczo; ubawiony lub też udając ubawienie, próbował roześmiać się na widok stokrotek pod swymi stopami, krocząc ociężale naprzód, z rękoma w kieszeniach bryczesów.
— Nie mam żadnej w świecie tajemnicy, sir. Nic mnie to nie obchodzi, co kto o mnie mówi; nie jestem nikomu winien nawet gwinei, sir, to znaczy gwinei, której nie mógłbym oddać jutro, jeślibym chciał; i nie mam żadnego powodu do zmartwienia — żadnego, prócz tej obrzydliwej lekkiej podagrycznej niestrawności, o której nie warto nawet wspominać.
www.dragbike.pl
