Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 28
Mac, uśmiechając się najszczerzej, jak tylko mogła — ale już mi lepiej.
— Nie, nie czujesz się lepiej, Mullikins — wtrąciła Magnolia niecierpliwie. — Oooo, Toole przechodzi przez ulicę, czy mam zawołać go na górą?
— Za nic w świecie, Maggy, kochanie. Musiałabym mu zapłacić, a skąd mam wziąć pieniądze?
Major nie dosłyszał, a poza tym kaszlał i przypomniawszy sobie, iż miał rzec słówko na osobności adiutantowi, zdjął z kołka wiszącą tam szpadę i trójgraniasty kapelusz i ulotnił się w oka mgnieniu.
— Płacić Toole'owi? Nie ma mowy! Bzdura, matko! I okno uniosło się w górę.
— Dzień dobry pańskiej szlafmycy, doktorze!
— A pani życzę miłego poranka, moja śliczna panno Mag, szczebiocząca w górze na swej grzędzie — odparł medyk.
— A cóż, u licha, sprowadza pana w te strony w śniadaniowej porze i dokąd kieruje pan swe kroki? — Och, głupi gąsiorze, dokąd wędrujesz o tej (porze!
— Na górę, jeśli pani pozwoli — rzekł Toole, robiąc szeroki gest ręką i szczerząc zęby w przymilnym uśmiechu — i do komnaty waćpanny.
— A słyszał pan nowinę? — spytała panna Mag. Doktor obejrzał się przez ramię i widząc czysty horyzont w jednej chwili podszedł bliżej, pod małe doniczki pąsowych pelargonii stojących na parapecie okna.
— O pannie Chattesworth, co? — spytał chytrze niskim głosem.
— Och, niech ją licho porwie, nie. Pamięta pan pannę Annę Marjoribanks, która odnajmowała mieszkanie w domu Doyle'a, tam w dole, obok młynów, zeszłego lata, ze swą matką, tęgą kobietą z pudłem — nie pamięta pan?
— Tak, tak; nosiła kwiecisty, sacque z jedwabnej mory w dni święta orkiestry — powiedział Toole, który miał oko i doskonałą pamięć do damskich strojów — bardzo krzykliwy, pamiętam.
— No, tak sobie; to ona.
— A co z nią? — spytał Toole przeciskając się pomiędzy doniczkami pelargonii, jak najbliżej okna.
— Niech pan wejdzie na górę, to panu powiem —