Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 52
libroda, stary Moore, i Pan Moran, i woźnica, i pani Irons, pańska gruba gospodyni; był pan tak dobry dla nas wszystkich, wie pan.
— Cóż — przerwał — zostawiłem swój biały surdut Moranowi; kapelusz i, niechże sobie przypomnę, i parę spinek Moore'owi; szkło i porcelanę drogiej pani Irons.
— Kapelusz, spinki, surdut, szkło, porcelana poszły w świat! Wydaje mi się więc, że pańskie ziemskie dobra są już prawie rozdzielone i pańskie światowe troski zakończyły się.
— Tak, prawie, lecz nie całkowicie — roześmiał się. — Jeden skarb mi pozostał: mój biedny małpiszon; to nadzwyczajna istota, objechał połowę świata, jest doskonałym gentlemanem i moim najlepszym do tej pory towarzyszem. Czy sądzi pani, że wielebny Walsingham w swej szczodrobliwości użyczy temu biedakowi darmowej gościny „Pod Wiązami"?
Miała zamiar odpowiedzieć mu żartobliwą kpiną, lecz nastrój jej zmienił się nagle. Przyszło jej na myśl, że było bezczelne ze strony kapitana Devereux mniemać, iż mogło jej zależeć na tym, by otrzymać jego ulubieńca, więc odpowiedziała niemal poważnie:
— Nie mogę tego doprawdy powiedzieć, gdyby, pan zechciał go odwiedzić, mógłby pan go o to spytać. Lecz doprawdy, kapitanie Devereux, sądzę, że pan żartuje.
— Zaiste, pani, sądzę, że tak, lub, co nie ma wielkiego znaczenia, być może śnię. A oto nasza trąbka! — słodkie dźwięki drżąc wzbiły się w łagodnym powietrzu. — Jak odległy zdaje się już ten słodki dźwięk, dla mego ucha najsłodszy na całym szerokim świecie, dźwięk naszych trąbek. Tak, śnię. Powiedziałem, że został mi jeden skarb — ciągnął dalej z właściwą sobie gwałtowną czułością — nie chciałem tego pani mówić, lecz po... proszę na to spojrzeć, panno Lily, to jest ta sama mała różyczka, którą dziś rano zostawiła pani na swym klawikordzie. Ukradłem ją; jest moja i Ryszard Devereux raczej umrze, niż odda ją innemu.
— A więc był jednak „Pod Wiązami", i ona go skrzywdziła.
— Tak, śnię — mówił dalej w swój zwykły sposób — a czas już, bym się zbudził — zbudził i znalazł w drodze.
— A więc pan naprawdę wyjeżdża? — spytała takim to-
— Cóż — przerwał — zostawiłem swój biały surdut Moranowi; kapelusz i, niechże sobie przypomnę, i parę spinek Moore'owi; szkło i porcelanę drogiej pani Irons.
— Kapelusz, spinki, surdut, szkło, porcelana poszły w świat! Wydaje mi się więc, że pańskie ziemskie dobra są już prawie rozdzielone i pańskie światowe troski zakończyły się.
— Tak, prawie, lecz nie całkowicie — roześmiał się. — Jeden skarb mi pozostał: mój biedny małpiszon; to nadzwyczajna istota, objechał połowę świata, jest doskonałym gentlemanem i moim najlepszym do tej pory towarzyszem. Czy sądzi pani, że wielebny Walsingham w swej szczodrobliwości użyczy temu biedakowi darmowej gościny „Pod Wiązami"?
Miała zamiar odpowiedzieć mu żartobliwą kpiną, lecz nastrój jej zmienił się nagle. Przyszło jej na myśl, że było bezczelne ze strony kapitana Devereux mniemać, iż mogło jej zależeć na tym, by otrzymać jego ulubieńca, więc odpowiedziała niemal poważnie:
— Nie mogę tego doprawdy powiedzieć, gdyby, pan zechciał go odwiedzić, mógłby pan go o to spytać. Lecz doprawdy, kapitanie Devereux, sądzę, że pan żartuje.
— Zaiste, pani, sądzę, że tak, lub, co nie ma wielkiego znaczenia, być może śnię. A oto nasza trąbka! — słodkie dźwięki drżąc wzbiły się w łagodnym powietrzu. — Jak odległy zdaje się już ten słodki dźwięk, dla mego ucha najsłodszy na całym szerokim świecie, dźwięk naszych trąbek. Tak, śnię. Powiedziałem, że został mi jeden skarb — ciągnął dalej z właściwą sobie gwałtowną czułością — nie chciałem tego pani mówić, lecz po... proszę na to spojrzeć, panno Lily, to jest ta sama mała różyczka, którą dziś rano zostawiła pani na swym klawikordzie. Ukradłem ją; jest moja i Ryszard Devereux raczej umrze, niż odda ją innemu.
— A więc był jednak „Pod Wiązami", i ona go skrzywdziła.
— Tak, śnię — mówił dalej w swój zwykły sposób — a czas już, bym się zbudził — zbudził i znalazł w drodze.
— A więc pan naprawdę wyjeżdża? — spytała takim to-
www.dragbike.pl
