Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 55
go dnia rano stracony został za zabójstwo pana Tomasza Fleminga z Thomas Street stróż Peter Raby i jak to w czasie egzekucji skazany miał na sobie bryczesy z czesankowej wełny — pułkownikowa wspomniała wreszcie o De-vereux: że pułkownik otrzymał list od generała Chatteswortha, „który, nawiasem mówiąc" — i tu nastąpiła długa dygresja, a tej Lily, możecie być pewni, z przyjemnością słuchała. Jak się okazało, generał uważał za wielce prawdopodobne, iż Devereux nie powróci już do Chapelizod ani do Irlandzkiej Artylerii Królewskiej. Następnie dama przeszła do innych spraw, Lily zaś zabawiła u niej długo, wciąż mając nadzieję, że pani Strafford znów wspomni o De-vereux, lecz ona nie wspomniała go już więcej. Mała Lily wróciła więc do domu bardziej zamyślona niż wówczas, gdy zeń wychodziła.
Dochodziła ósma, gdy — któż to pojawił się przy drzwiach i silnym dwukrotnym pukaniem spłoszył wrony pośród starych wiązów? — Oto ciotka Rebeka w towarzystwie znakomitej osobistości, doktora Toole w pełnej gali i ze starym lokajem Dominikiem.
Doktor był nieco urażony i rozgniewany, ponieważ otrzymał wezwanie z Belmont, gdzie zjawił się w uroczystym stroju sądząc, że ma przepisać leki dla ciotki Rebeki lub panny Gertrudy. Okazało się jednak, że znalazł się tam, by odbyć jałową, dobroczynną półmilową przechadzkę drogą do Inchicore wraz z energiczną panną Rebeką w celu odwiedzenia jednego z jej przestępczych podopiecznych, który leżał chory w swej łotrowskiej norze. Nie pierwszy to raz wesoły mały doktor schwytany został w pułapkę przez poczciwą damę, by odbyć czysto dobroczynną wycieczkę tego rodzaju. Lecz nie mógł  pozwolić sobie na bunt, dawał jedynie upust oburzeniu w wybuchach gniewu i w szorstkim obchodzeniu się z udającymi chorobę łajdakami; odpłacał im w ten sposób za trudy i poniżenie, których byli sprawcami.
— Oto jesteśmy, droga Lily, w drodze do biednego drogiego Pata Doolana, który, obawiam się, niedługo już zabawi na tym świecie. Dominiku! dostał zapalenia opon mózgowych, moja droga.
Doktor bezgłośnie mruknął „tfu", a ciotka Becky ciągnęła dalej: