Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 65
nia. W samym środku widoczny był Tom Toole siedzący na podłodze z podciągniętymi kolanami, obnażoną szpadą pod pachą, oczami zwróconymi ku pułapowi i tak niewypowiedzianie śmiesznie wykrzywioną cudaczną drobną twarzą, że Puddock o mały włos nie wybuchnął głośnym śmiechem, który byłby w danej chwili całkiem niestosowny.
Na szczęście Devereux siedzący przy drzwiach spostrzegł przybycie gości i głośno oznajmił: „Porucznik Puddock, panowie, porucznik ogniomistrz O'Flaherty". Albowiem „Cygan" Devereux, choć lubił sobie nieco pożartować, jednak nie znajdował upodobania w psotach, gdy ktoś biorący wszystko tak poważnie, jak ogniomistrz z Galway, skłonny był uczynić z każdego głupstwa sprawę równie drażliwą, jak niedawne działania wojenne na łące Piętnaście Akrów.
Toole natychmiast skoczył na równe nogi poprawiając perukę i zerkając na nowo przybyłych ze skupioną powagą, lecz i z zakłopotaniem, co wywołało tłumioną wesołość wśród zebranych.
Dla spokoju miasteczka dobrze się stało, że O'Flaherty wygłosić miał krótkie przemówienie, gdyż podobne okoliczności pozbawiały go zazwyczaj połowy dowcipu. Niemniej z lekką obawą, której był świadom, wśród ogólnego gwaru i życzliwego poklasku zgromadzonych odczytał coś, czym sam się wzruszył.
Lecz nim to nastąpiło, O'Flaherty zwrócił się do Deve-reux umyślnie tak głośno, by usłyszał go Toole:
— Chorąży Puddock i ja sam bylibyśmy radzi dowiedzieć się, co to za brak dostojeństwa widzieliśmy na podłodze, na które to igraszki niestety spóźniliśmy się nieco?
— Brak dostojeństwa, sir, to nieładne słowa! — krzyknął gniewnie mały doktor, albowiem zadziorny był jak waleczny kogucik.
— Porucznik O'Flaherty chciał powiedzieć dostooleństwa — wtrącił Devereux — co, przeciwnie, jest najprzyjemniejszym słowem w Chapelizod. Proszę was, pozwólcie mi powiedzieć wam coś o wiele ważniejszego. Zostałem upoważniony, poruczniku Puddock i poruczniku O'Flaherty (ukłon w kierunku każdego z nich), przez pana Mahony, który pełnił obowiązki sekundanta pana Nuttera w zaistniałej niedawno sprawie, by prosić panów o łaskawe wy-
Na szczęście Devereux siedzący przy drzwiach spostrzegł przybycie gości i głośno oznajmił: „Porucznik Puddock, panowie, porucznik ogniomistrz O'Flaherty". Albowiem „Cygan" Devereux, choć lubił sobie nieco pożartować, jednak nie znajdował upodobania w psotach, gdy ktoś biorący wszystko tak poważnie, jak ogniomistrz z Galway, skłonny był uczynić z każdego głupstwa sprawę równie drażliwą, jak niedawne działania wojenne na łące Piętnaście Akrów.
Toole natychmiast skoczył na równe nogi poprawiając perukę i zerkając na nowo przybyłych ze skupioną powagą, lecz i z zakłopotaniem, co wywołało tłumioną wesołość wśród zebranych.
Dla spokoju miasteczka dobrze się stało, że O'Flaherty wygłosić miał krótkie przemówienie, gdyż podobne okoliczności pozbawiały go zazwyczaj połowy dowcipu. Niemniej z lekką obawą, której był świadom, wśród ogólnego gwaru i życzliwego poklasku zgromadzonych odczytał coś, czym sam się wzruszył.
Lecz nim to nastąpiło, O'Flaherty zwrócił się do Deve-reux umyślnie tak głośno, by usłyszał go Toole:
— Chorąży Puddock i ja sam bylibyśmy radzi dowiedzieć się, co to za brak dostojeństwa widzieliśmy na podłodze, na które to igraszki niestety spóźniliśmy się nieco?
— Brak dostojeństwa, sir, to nieładne słowa! — krzyknął gniewnie mały doktor, albowiem zadziorny był jak waleczny kogucik.
— Porucznik O'Flaherty chciał powiedzieć dostooleństwa — wtrącił Devereux — co, przeciwnie, jest najprzyjemniejszym słowem w Chapelizod. Proszę was, pozwólcie mi powiedzieć wam coś o wiele ważniejszego. Zostałem upoważniony, poruczniku Puddock i poruczniku O'Flaherty (ukłon w kierunku każdego z nich), przez pana Mahony, który pełnił obowiązki sekundanta pana Nuttera w zaistniałej niedawno sprawie, by prosić panów o łaskawe wy-
www.dragbike.pl
