Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 67
— Bóg z tobą, Peg Fenigan! I to ty ich wpuściłaś? — mruknął jego wielebność w skrajnym podnieceniu.
— Na czyją prośbę? — wielkodusznie spytał wyjęty spod prawa.
— Pani Elżbiety Wełny, wdowy po świętej pamięci panu Tymoteuszu Wełnie, krawcu z High Street w mieście Dublinie, zarządzającej jego majątkiem — odparł chór głosów przedstawicieli władzy.
— Wełna, tak myślałem — rzekł pojmany, — Chciałbym złapać ją ze te jej wełniste kudły. Niech ją licho porwie!
Tak więc Mahony wyszedł wielce strapiony ku żalowi dobrotliwego duchownego, obiecując wszakże z udaną wesołością, że wszystko załatwi i wróci pod gościnny dach księdza, nim zapadnie noc.
— Nie znam dokładnie istoty tej sprawy, panowie — rzekł ojciec Roach z wyraźnym wahaniem.
— Jednakże była pilna, nieprawdaż? — spytał De-vereux.
— Pilna, cóż, z pewnością... ee... i...
— I wezwaniu nie mógł się oprzeć... Od damy, co? Tak ojciec powiedział, ojcze Roach? — nalegał Devereux.
— Ee... od damy... ee... tak, istotnie — odrzekł ojciec Roach.
— Wdowy, czyż nie? — dopytywał się Devęreux. — Wdowy, bez wątpienia — odparł ksiądz.
— Ani słowa więcej, sir — przerwał mały Puddock ku niezmiernej uldze czcigodnego ojca, który rzucił w stronę Devereux jeszcze jedno pełne wyrzutu spojrzenie, mrucząc coś do siebie z oburzeniem.
— To całkiem mi wystarcza, jak również, ośmielę się powiedzieć, porucznikowi O'Flaherty.
— Czyż pan O'Flaherty nie zamierza powiedzieć czegoś panu Nutterowi? — spytał Devereux.
— Tak — szepnął Puddock — mam nadzieję, że jakoś przez to przebrnie. Ja... ja sam napisałem kilka zdań, lecz nie znaczy to bynajmniej, że jest on głupcem, choć mówiąc między nami, uczy się nieco powoli.
— Przypuśćmy, że znów wyleczy mu pan głowę, Puddock? — Puddock udał, że nie słyszy tej przymówki.
Nutter zaś w odpowiedzi na grzecznościową mowę Pud-
— Na czyją prośbę? — wielkodusznie spytał wyjęty spod prawa.
— Pani Elżbiety Wełny, wdowy po świętej pamięci panu Tymoteuszu Wełnie, krawcu z High Street w mieście Dublinie, zarządzającej jego majątkiem — odparł chór głosów przedstawicieli władzy.
— Wełna, tak myślałem — rzekł pojmany, — Chciałbym złapać ją ze te jej wełniste kudły. Niech ją licho porwie!
Tak więc Mahony wyszedł wielce strapiony ku żalowi dobrotliwego duchownego, obiecując wszakże z udaną wesołością, że wszystko załatwi i wróci pod gościnny dach księdza, nim zapadnie noc.
— Nie znam dokładnie istoty tej sprawy, panowie — rzekł ojciec Roach z wyraźnym wahaniem.
— Jednakże była pilna, nieprawdaż? — spytał De-vereux.
— Pilna, cóż, z pewnością... ee... i...
— I wezwaniu nie mógł się oprzeć... Od damy, co? Tak ojciec powiedział, ojcze Roach? — nalegał Devereux.
— Ee... od damy... ee... tak, istotnie — odrzekł ojciec Roach.
— Wdowy, czyż nie? — dopytywał się Devęreux. — Wdowy, bez wątpienia — odparł ksiądz.
— Ani słowa więcej, sir — przerwał mały Puddock ku niezmiernej uldze czcigodnego ojca, który rzucił w stronę Devereux jeszcze jedno pełne wyrzutu spojrzenie, mrucząc coś do siebie z oburzeniem.
— To całkiem mi wystarcza, jak również, ośmielę się powiedzieć, porucznikowi O'Flaherty.
— Czyż pan O'Flaherty nie zamierza powiedzieć czegoś panu Nutterowi? — spytał Devereux.
— Tak — szepnął Puddock — mam nadzieję, że jakoś przez to przebrnie. Ja... ja sam napisałem kilka zdań, lecz nie znaczy to bynajmniej, że jest on głupcem, choć mówiąc między nami, uczy się nieco powoli.
— Przypuśćmy, że znów wyleczy mu pan głowę, Puddock? — Puddock udał, że nie słyszy tej przymówki.
Nutter zaś w odpowiedzi na grzecznościową mowę Pud-
www.dragbike.pl
