Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 68
docka oświadczył w dwu lub trzech słowach, iż gotów jest pójść na ustępstwa wobec porucznika O'Flaherty'ego. — Niech mnie diabli wezmą, sir, jeśli wiem w tej chwili, jakim słowem lub czynem go obraziłem!
Po czym nastąpiła owa wspaniałomyślna, lecz prawie niezrozumiała mowa O'Flaherty'ego, któremu podpowiadał mały Puddock, odpowiedzialny za jej ułożenie. Puddock był bardziej zdenerwowany podczas wygłaszania tej znamienitej przemowy niż sam mówca i „czerpiał nieopiszanie" słysząc swe poprzekręcane zdania; był nawet zmuszony podtrzymywać O'Flaherty'ego pod ramię i szeptać w śmiertelnej udręce: „jeszcze nie — do diabła z tym! — jeszcze nie teraz" — chcąc powstrzymać niepoprawnego ogniomistrza od wyciągnięcia kościstej czerwonej ręki, zanim dojdzie on do najdoskonalszego ustępu, później tak świetnie wygłoszonego przez Puddocka w obecności Dicka Devereux, który to ustęp zaczynał się od słów: „Tak więc pozdrawiam..."
W ten sposób odbyło się całkowite pojednanie, a panowie w klubie, łącznie z Toole'em, bardziej niż kiedykolwiek łamali sobie głowy, by pojąć przyczynę nieporozumienia, jako że Puddock dotrzymał tajemnicy O'Flaherty'ego, w którego sercu zapanował spokój aż do czasu, kiedy w niecałe dziesięć miesięcy później Cluffe mówiąc o wojnie amerykańskiej spytał O'Flaherty'ego pałającego chęcią ochotniczego zgłoszenia się na tę wojnę, co by powiedział na „dokładne wygolenie indiańskim nożem do zdejmowania skalpów". Na te słowa O'Flaherty zerwał się na równe nogi i rozglądając się przez chwilę groźnie wokół, zamaszystym krokiem i w milczeniu opuścił pokój. Bezwłocznie omówił tę sprawę z Puddockiem, ten zaś po chwili zastanowienia orzekł, iż była to jedynie przypadkowa zbieżność.
 
XXXVIII
SNY, KŁOPOTY I PONURE WIDOKI
 
Tak więc nie zaszły w klubie żadne godne wzmianki nieporozumienia, prócz tych, w których doktor Sturk był głównym bohaterem. Owego wieczora Toole spostrzegł, że