Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 78
nagłym ruchem czarną zasłoną z twarzy i rzuciła swe promienie wprost na ową zjawę. Szczupła, wysoka postać w ciemnym stroju, o obliczu, którego chyba nigdy przedtem nie oglądał — czarne włosy, blada twarz o złowrogim uśmiechu, ciemnosina broda i zamknięte oczy.
Znieruchomiały ze zgrozy, oczekując jakiegoś straszliwego przeobrażenia, Mervyn stał wciąż w miejscu ze wzrokiem utkwionym w trupiobladym natręcie.
— Hej! Kto tu jest? — krzyknął groźnie.
Postać otworzyła oczy i spoglądając błędnym wzrokiem, jak gdyby nie otwierała oczu od stu lat, wstała niepewnym ruchem, odwzajemniając spojrzenie Mervyna i sprawiając wrażenie, że nie wie, gdzie się znajduje.
— Kim jesteś? — powtórzył pytanie Mervyn. Upiór powoli wracał do siebie i wreszcie spytał:
— Pan Mervyn?
— Kim pan jest, sir? — ponownie krzyknął Mervyn.
— Zekiel Irons — padła odpowiedź.
— Irons, kim pan jest i co pan tu robi, sir? — spytał Mervyn.
— Jestem zakrystianem w Chapelizod — odpowiedział gość spokojnie i niezwykle ponuro, lecz nieco niewyraźnie, jak człowiek odurzony alkoholem.
Mervyna poczynał ogarniać gniew. — Zakrystian z Chapelizod tutaj, śpiący w mym salonie! Co, u licha, sir, ma to znaczyć?
— Spać, sir, spać! To oni śpią z otwartymi oczyma, sir, pan wie, kim oni mogą być. I jest dość takich, co śpią zdrowo jak ja i pan, i takich, co są lunatykami — odparł Irons, a jego zagadkowe słowa złagodziły widocznie gniew Mer-vyna, gdyż rzekł już spokojniej: -
— No więc, o cóż chodzi, mój panie?
— Wiadomość — odrzekł Irons. Zachowanie tego człowieka, choć spokojne, było nacechowane niemal nieokrzesaną zawziętością i uporem.
— Daj mi ją pan więc — powiedział Mervyn, spodziewając się listu i wyciągając rękę.
— Nie mam niczego dla pańskiej ręki, sir, to jest przeznaczone dla pańskiego ucha — odrzekł Irons.
— Od kogo zatem i co? — spytał Mervyn tracąc znów cierpliwość.
Znieruchomiały ze zgrozy, oczekując jakiegoś straszliwego przeobrażenia, Mervyn stał wciąż w miejscu ze wzrokiem utkwionym w trupiobladym natręcie.
— Hej! Kto tu jest? — krzyknął groźnie.
Postać otworzyła oczy i spoglądając błędnym wzrokiem, jak gdyby nie otwierała oczu od stu lat, wstała niepewnym ruchem, odwzajemniając spojrzenie Mervyna i sprawiając wrażenie, że nie wie, gdzie się znajduje.
— Kim jesteś? — powtórzył pytanie Mervyn. Upiór powoli wracał do siebie i wreszcie spytał:
— Pan Mervyn?
— Kim pan jest, sir? — ponownie krzyknął Mervyn.
— Zekiel Irons — padła odpowiedź.
— Irons, kim pan jest i co pan tu robi, sir? — spytał Mervyn.
— Jestem zakrystianem w Chapelizod — odpowiedział gość spokojnie i niezwykle ponuro, lecz nieco niewyraźnie, jak człowiek odurzony alkoholem.
Mervyna poczynał ogarniać gniew. — Zakrystian z Chapelizod tutaj, śpiący w mym salonie! Co, u licha, sir, ma to znaczyć?
— Spać, sir, spać! To oni śpią z otwartymi oczyma, sir, pan wie, kim oni mogą być. I jest dość takich, co śpią zdrowo jak ja i pan, i takich, co są lunatykami — odparł Irons, a jego zagadkowe słowa złagodziły widocznie gniew Mer-vyna, gdyż rzekł już spokojniej: -
— No więc, o cóż chodzi, mój panie?
— Wiadomość — odrzekł Irons. Zachowanie tego człowieka, choć spokojne, było nacechowane niemal nieokrzesaną zawziętością i uporem.
— Daj mi ją pan więc — powiedział Mervyn, spodziewając się listu i wyciągając rękę.
— Nie mam niczego dla pańskiej ręki, sir, to jest przeznaczone dla pańskiego ucha — odrzekł Irons.
— Od kogo zatem i co? — spytał Mervyn tracąc znów cierpliwość.
www.dragbike.pl
