Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 79
— Pan mi wybaczy, panie Mervyn; mam wiele pracy przez cały Boży dzień, nieraz o wczesnej, a nieraz o późnej porze, w kościele... w kościele w Chapelizod, całkiem sam, sir; często myślę o panu, gdy przechodzę obok krypty po południowej stronie.
— Cóż to za wiadomość, pytam, sir, i kto ją przesyła? — nastawał Mervyn.
— Pański ojciec — odparł Irons.
Mervyn spojrzał na zakrystiana ponurym, dzikim, badawczym wzrokiem. Czy był to szaleniec? Wyglądało na to, że Mervyn poddał się znów nastrojowi grozy, nim ponownie zawrzał w nim gniew.
— Pan się myli, mój ojciec nie żyje — powiedział cicho srogim, lecz wzburzonym głosem.
— On nie żyje, sir, tak — odparł ponury gość z tym samym bladym uśmiechem i cynicznym spokojem,
— Niech pan mówi, mój panie, od kogo pan przychodzi?
— Od świętej pamięci wielce czcigodnego lorda wicehrabiego Dunorana — Irons mówił, jak wspomniałem, nieco niewyraźnie, jak człowiek lekko odurzony alkoholem.
— Piłeś i ośmielasz się mieszać imię... imię mego ojca ze swymi pijackimi majakami i paplaniną, ty nędzny opoju!
W tej właśnie chwili chmura zasłoniła księżyc i postać Ironsa pociemniała, jak gdyby miała zniknąć jak obrażona zjawa. Lecz trwało to zaledwie chwilę; wyłoniwszy się ponownie w blasku księżyca, Irons rzekł:
— Naparsteczek whisky w domu „Pod Łososiem", by podnieść się na duchu, nim tu przyjdę, to z pewnością. — Odpowiadał całkiem nieporuszony jak ktoś, kto mówi sam do siebie.
— Lecz cóż mogłeś mieć na myśli wspominając o nim? — powtórzył Mervyn, niezmiernie wzburzony.
— Ja mówię w jego imieniu, sir, za pańskim pozwoleniem. Przypuśćmy, że pozdrawia pana za mym pośrednictwem, a panu nie zależy, by wysłuchać tej wiadomości.
— Jesteś szalony — rzekł z lodowatym spojrzeniem Mervyn, dla którego cała ta rozmowa zaczynała przybierać kształt snu.
— Być może pan jest szalony, sir — odparł Irons groźnym, nieprzyjemnym tonem, lecz z nieporuszoną twa-
— Cóż to za wiadomość, pytam, sir, i kto ją przesyła? — nastawał Mervyn.
— Pański ojciec — odparł Irons.
Mervyn spojrzał na zakrystiana ponurym, dzikim, badawczym wzrokiem. Czy był to szaleniec? Wyglądało na to, że Mervyn poddał się znów nastrojowi grozy, nim ponownie zawrzał w nim gniew.
— Pan się myli, mój ojciec nie żyje — powiedział cicho srogim, lecz wzburzonym głosem.
— On nie żyje, sir, tak — odparł ponury gość z tym samym bladym uśmiechem i cynicznym spokojem,
— Niech pan mówi, mój panie, od kogo pan przychodzi?
— Od świętej pamięci wielce czcigodnego lorda wicehrabiego Dunorana — Irons mówił, jak wspomniałem, nieco niewyraźnie, jak człowiek lekko odurzony alkoholem.
— Piłeś i ośmielasz się mieszać imię... imię mego ojca ze swymi pijackimi majakami i paplaniną, ty nędzny opoju!
W tej właśnie chwili chmura zasłoniła księżyc i postać Ironsa pociemniała, jak gdyby miała zniknąć jak obrażona zjawa. Lecz trwało to zaledwie chwilę; wyłoniwszy się ponownie w blasku księżyca, Irons rzekł:
— Naparsteczek whisky w domu „Pod Łososiem", by podnieść się na duchu, nim tu przyjdę, to z pewnością. — Odpowiadał całkiem nieporuszony jak ktoś, kto mówi sam do siebie.
— Lecz cóż mogłeś mieć na myśli wspominając o nim? — powtórzył Mervyn, niezmiernie wzburzony.
— Ja mówię w jego imieniu, sir, za pańskim pozwoleniem. Przypuśćmy, że pozdrawia pana za mym pośrednictwem, a panu nie zależy, by wysłuchać tej wiadomości.
— Jesteś szalony — rzekł z lodowatym spojrzeniem Mervyn, dla którego cała ta rozmowa zaczynała przybierać kształt snu.
— Być może pan jest szalony, sir — odparł Irons groźnym, nieprzyjemnym tonem, lecz z nieporuszoną twa-
www.dragbike.pl
