Dom przy cmentarzu, T.I cz. 3 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 80
rzą. — Bynajmniej nie przywiodła mnie tutaj błaha sprawa... posłannictwo... właśnie... no cóż! Pański wielce czcigodny ojciec, który spoczywa w ołowiu i dębinie, bez nazwiska na wieku trumny, chciałby, aby pan wiedział, że to, co oświadczył... było prawdą... i ja mogę tego dowieść...
— Co? Co on powiedział?... O cóż chodzi? Czego możesz dowieść? Mów, człowiecze! — białka oczu Mervyna błysnęły w świetle księżyca, a ręka wyciągnęła się w kierunku gardła Ironsa; wydawał się być na pół tylko świadom tego, co czyni. Drżał cały.
— Niech pan opuści rękę, inaczej nie usłyszy pan ode mnie niczego więcej — rzekł Irons jednocześnie cofając się nieco.
Mervyn w milczeniu opuścił wzdłuż ciała zaciśniętą pięść i przygryzając wargi kiwnął ze zniecierpliwieniem głową na znak zgody.
— Tak, sir, chce, aby pan pojął, że on nigdy tego nie zrobił i ja mogę to udowodnić — ale nie uczynię tego!
W tejże chwili coś błysnęło w ręku Mervyna; jednym susem skoczył w kierunku Ironsa przewracając z hukiem krzesło.
— Trzymam pana na muszce. Jeszcze krok, a jest pan trupem — rzekł zakrystian ochrypłym głosem, wycofując się w głęboką ciemność ku drzwiom, a w jego wyciągniętej ręce mignęła matowym błyskiem ledwie widoczna lufa pistoletu.
— Stój! Nie odchodź! — krzyknął Mervyn rozdzierającym głosem. — Zaklinam cię... błagam... kimkolwiek jesteś, wróć... spójrz, nie jestem uzbrojony. — I cisnął szpadę pod okno.
— Wy, młodzi panowie, zawsze jesteście gotowi wyciągnąć broń przeciw biednemu człowiekowi. Jak by się to skończyło, gdybym się nie opanował, sir, i wystrzelił? — rzekł Irons swym zwykłym, zrównoważonym głosem.
— Nie wiem, nie dbam o to, wszystko mi jedno, czy mnie zastrzelisz, czy nie. Tak, tak, to prawda, niemal pragnąłem, byś mnie zastrzelił.
— Niech pan pamięta, sir, wierzę pańskiemu słowu — rzekł zakrystian swym poprzednim tonem, wycofując się z wolna do tyłu.
— Co? Co on powiedział?... O cóż chodzi? Czego możesz dowieść? Mów, człowiecze! — białka oczu Mervyna błysnęły w świetle księżyca, a ręka wyciągnęła się w kierunku gardła Ironsa; wydawał się być na pół tylko świadom tego, co czyni. Drżał cały.
— Niech pan opuści rękę, inaczej nie usłyszy pan ode mnie niczego więcej — rzekł Irons jednocześnie cofając się nieco.
Mervyn w milczeniu opuścił wzdłuż ciała zaciśniętą pięść i przygryzając wargi kiwnął ze zniecierpliwieniem głową na znak zgody.
— Tak, sir, chce, aby pan pojął, że on nigdy tego nie zrobił i ja mogę to udowodnić — ale nie uczynię tego!
W tejże chwili coś błysnęło w ręku Mervyna; jednym susem skoczył w kierunku Ironsa przewracając z hukiem krzesło.
— Trzymam pana na muszce. Jeszcze krok, a jest pan trupem — rzekł zakrystian ochrypłym głosem, wycofując się w głęboką ciemność ku drzwiom, a w jego wyciągniętej ręce mignęła matowym błyskiem ledwie widoczna lufa pistoletu.
— Stój! Nie odchodź! — krzyknął Mervyn rozdzierającym głosem. — Zaklinam cię... błagam... kimkolwiek jesteś, wróć... spójrz, nie jestem uzbrojony. — I cisnął szpadę pod okno.
— Wy, młodzi panowie, zawsze jesteście gotowi wyciągnąć broń przeciw biednemu człowiekowi. Jak by się to skończyło, gdybym się nie opanował, sir, i wystrzelił? — rzekł Irons swym zwykłym, zrównoważonym głosem.
— Nie wiem, nie dbam o to, wszystko mi jedno, czy mnie zastrzelisz, czy nie. Tak, tak, to prawda, niemal pragnąłem, byś mnie zastrzelił.
— Niech pan pamięta, sir, wierzę pańskiemu słowu — rzekł zakrystian swym poprzednim tonem, wycofując się z wolna do tyłu.
www.dragbike.pl
